Góry

Na majówkę wybraliśmy się na Dolny Śląsk. Zwiedziliśmy kilka zamków. Pochodziliśmy trochę po górach. Przy okazji wiele się nauczyliśmy.

A czego konkretnie nauczą Cię góry?

Pokonywania własnych słabości

Góry jak nikt inny zmuszają do mierzenia się ze samym sobą. Idziesz z optymistycznym nastawieniem aż tu nagle nadchodzi kryzys… .

Czujesz, że nie dasz rady zrobić już ani kroku więcej. No ale głupio tak zdezerterować w połowie trasy i nie zobaczyć widoków jakie czekają na górze. Poza tym dzieciaki obok dzielnie maszerują pod górę i nie biadolą … trzeba spiąć poślady i cisnąć w górę.

Są tacy, co powiedzą, że chodzenie po górach jest bez sensu, bo gdzie tu logika żeby tyle się nawspinać, żeby potem móc zejść. Czy kilka zdjęć i pięknych widoczków są warte ceny, jaką trzeba zapłacić wchodząc pod górę?

To nie tylko o te widoczki i zdjęcia chodzi. Tu jest głębszy sens. Dzięki takiemu wysiłkowi uczymy się pokonywać własne słabości i ograniczenia.

Stawiamy sobie określony cel: zdobycie szczytu/zamku na górze i idziemy dopóki celu nie zrealizujemy.

Jeśli źle rozłożymy siły, padniemy po kilkuset metrach. Tak jak w życiu.

Gdy wejdziemy/wczołgamy się na szczyt będziemy mieć satysfakcję, że udało nam się pokonać siebie i tą cholerną górę :-).

Z chodzeniem po górach jest trochę tak jak z życiem. Nieustanna sinusoida … . Raz pod górkę, a raz z górki. No bo jeśli jesteś już na szczycie, to musisz z niego zejść, żeby zdobywać kolejne szczyty.
Nie da rady – nie przeskoczysz z jednego na drugi – musisz pokonać pewną drogę.

Pokory

Góry to ciągła zmienność. Nie tylko terenu. Pogoda zmienia się tam bardzo szybko. Czasami nawet niewiadomo kiedy zmienia się z pięknej i słonecznej na burzową ulewę.

W takich chwilach człowiek uświadamia sobie swoją małość w stosunku do żywiołu sił natury.

Wodospad Kamieńczyka

Mieliśmy szansę/nieprzyjemność przeżyć burzę w Wąwozie Kamieńczyka … . Byliśmy przemoczeni prawie do suchej nitki. Gromy przewalały się wokół nas, a my siedzieliśmy w małej wnęce skalnej.

Cóż widoku wodospadu mamy dość na jakiś czas …, ale z pewnością tam wrócimy w dogodniejszych okolicznościach.

Wolniejszego życia

Przyzwyczajeni jesteśmy do dość intensywnego trybu życia. Ciągle coś się dzieje. Doba mogłaby mieć dla nas 48 godzin.

W górach musieliśmy się nauczyć innego sposobu funkcjonowania. Czas płynie tam zupełnie inaczej.

Przede wszystkim nie ma opcji, by przejechać z jednego miejsca do drugiego w czasie takim samym jak na nizinach.

Tutaj wiem, że przejechanie 20 km zajmie mi około pół godziny – może mniej. W górach czas przejechania 20 km jest zależny od ukształtowania terenu.

Im bardziej kręta i zawiła droga; im więcej wzniesień i spadków, które trzeba umiejętnie pokonywać; im węższa droga tym uważniej i wolniej trzeba jechać. Dlatego pokonanie nawet małych odległości czasami wydaje się wiecznością.

W górach mieszkańcy nie spieszą się do niczego. Żyją sobie powoli w zgodzie z rytmem natury.

Kompletnym zaskoczeniem dla nas, ale także swego rodzaju wybawieniem, okazał się prawie całkowity brak cywilizacji w miejscu, gdzie mieliśmy nocleg.

Brak zasięgu sieci komórkowej, brak zasięgu Internetu mobilnego, brak sklepów – totalny odlot. Mogliśmy naprawdę odpocząć od cywilizacji.

Cisza, spokój, za oknem szumiący wodospad na małej rzeczce, mnóstwo zieleni, orzeźwiające powietrze i dokoła szczyty gór. Tego właśnie nam było trzeba.

Oczywiście pokój był jak najbardziej komfortowy. Nie myślcie, że spaliśmy w szopie pełnej siana.

Braku spięcia

Zdecydowanie w górach zwolniliśmy tempo. Nareszcie się wyspaliśmy.

Górskie powietrze działa jak środek nasenny. Gdy w domowych warunkach buszuję do późnych godzin nocnych, to w górach jest mi ciężko wytrwać do 22 … po prostu zasypiam jak dziecko.

Na początku zakładaliśmy zobaczenie dużo większej ilości rzeczy, jednak bardzo szybko odpuściliśmy. Zdecydowaliśmy się na czerpanie radości z bycia tu i teraz. Ze spokojnej kontemplacji otaczającego nas świata.

Wsłuchania się w siebie

Górskie wędrówki poza aktywnością fizyczną, dotlenieniem się świeżym powietrzem i pięknymi widokami, niosą za sobą jeszcze jedną ważną rzecz: można wsłuchać się w siebie.

Można wsłuchać się w rytm swojego organizmu. Poznać jego możliwości i ograniczenia.

Dzięki temu wyjazdowi wiem, że dużo łatwiej idzie mi się w dół, a pod górę cierpię straszne katusze. Natomiast mój Mąż woli iść pod górę, a schodzenie w dół jest dla niego mniej komfortowe.

Dowiedziałam się też, że drzemią we mnie niesamowite pokłady siły, o których nie miałam pojęcia. Bo kiedy odzywa się stara kontuzja w stopie, czujesz palący ból, a masz do przejścia jeszcze dość trudny odcinek, musisz zacisnąć zęby i zmobilizować się maksymalnie do tego, by iść dalej. Możesz też usiąść i zacząć rozpaczać, ale to za wiele nie pomoże.

Planowania

W górach można też nauczyć się planowania. Nie takiego normalnego, gdzie wszystko jest poukładane. Raczej takiego, gdzie potrzeba zarządzania kryzysowego.

Trzeba założyć dwukrotnie większą ilość czasu na wszystko, a także przygotować sobie plan B i C na wszelki wypadek – gdyby coś poszło nie po naszej myśli np. zmieniła się pogoda.

Takie mam refleksje po majówce wśród gór i zamków. Był to nie tylko czas odpoczynku, ale przy okazji nauki w bardzo malowniczych warunkach.

A jak tam Wasza majówka? Jak spędziliście ten czas?