Czy warto studiować?

czy warto studiować?


Jak wygląda studiowanie? Co obiecują nam w reklamach studiów? Jaka jest rzeczywistość studiowania na polskiej uczelni? Czy warto studiować? Przeczytacie w dzisiejszym artykule.

Kiedy po zakończeniu liceum decydowałam się na wybór studiów nie miałam pojęcia co chcę robić w życiu. No może gdzieś tam w mojej głowie pojawiały się jakieś przebłyski, ale to nie były żadne jasne informacje. Do tej pory nie jestem w 100 % pewna jak dalej potoczy się moja droga zawodowa.

Czas płynął nieubłaganie. Zdana matura była w kieszeni. Trzeba było podjąć męską decyzję i wybrać jakiś kierunek studiów. Nie do końca wiedziałam co chcę robić, miałam nadzieję, że będzie się to wiązało z czymś biznesowym.

Nie zdecydowałam się na wyjazd z rodzinnego miasta, bo wiele spraw mnie tutaj trzymało. Jako kierunek studiów wybrałam w końcu doradztwo zawodowe. Oferta studiów była ciekawa. Wydawało mi się, że jest interesujący i są po nim ciekawe możliwości na rynku pracy. Zachęcona ciekawą perspektywą złożyłam swoje papiery i dostałam się na studia dzienne.

Zaczęło się niewinnie. Byłam ostatnim rocznikiem, jak się później okazało, który szedł systemem jednolitych studiów magisterskich. Czyli typowa pięciolatka. Pierwszy rok był ogólny dla wszystkich. Standardowo pedagogika – z racji, że uczelnia pedagogiczna. Specjalność wybierało się dopiero od drugiego roku studiów. Czyli pierwszy rok był do niczego się nie nadający z mojej perspektywy, ale jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć B.

Żeby zostać doradcą zawodowym trzeba było jakoś przemęczyć pierwszy rok do niczego nieprzydatny w teorii. Jak się okazało w praktyce też był do niczego nieprzydatny. Masa wiedzy teoretycznej z zakresu pedagogiki. Wiele przedmiotów z serii tych zapchaj dziur. Typowa teoria. Typowe zakuć, zdać, zapomnieć.

Do tego wszystkiego wrzuceni ludzie z różnych światów, którzy chcą obrać konkretne kierunki, ale muszą przejść przez pierwszy dziwny i na dodatek frustrujący rok. Bo już na pierwszym roku trzeba było zmierzyć się z dwoma tzw. „szczytami” uczelni z trzech możliwych.

Czym były owe szczyty? Najzwyczajniej w świecie kosami. Wykładowcami ciężkimi do przejścia, dla niektórych wręcz niemożliwymi do przejścia. Takie panie gnębiące studentów do granic możliwości. Takie panie, u których zalicza się po 20 razy ten sam materiał i nadal jest źle. Takie panie, które czerpią energię z gnębienia innych.

Więc poza zakuwaniem nieprzydatnych rzeczy na pierwszym roku w pierwszym semestrze zaliczyłam szczyt nr jeden, a w drugim semestrze szczyt nr dwa. Ze szczytem nr 1 bardzo się umęczyłam. Niezliczone chodzenie na zaliczenia. Ciągłe dowiadywanie się jakim bezmózgim stworzeniem jestem i ciągłe udowadnianie mi, że babcia była dziadkiem. Ostatecznie udało mi się zaliczyć, co prawda w bardzo głupi sposób. Pani kazała mi „w punktach” wypisać to, jak zrobiłam jedną z prac domowych. Z całego zestresowania i dziwnej atmosfery temu towarzyszącej napisałam to w formie wypracowania, nie w punktach … . Wściekłość pani przyjęła wielką formę. Krzyknęła, że „ONA CHCIAŁA W PUNKTACH!” … więc pokornie przepisałam moje wypracowanie w formie punktów i dostałam upragnione zaliczenie.

Szczyt numer dwa poszedł bardzo lekko. Czasami trzeba mieć w życiu więcej szczęścia niż rozumu. Otrzymanie oceny bardzo dobrej z ćwiczeń zwalniało z egzaminu u szczytu nr 2 uczelni. Nie wiem jakim cudem to się stało, ale udało mi się zdobyć ocenę bardzo dobrą z ćwiczeń, chociaż na studiach orłem nie byłam, udało mi się przemknąć za plecami szczytu nr 2 bez konieczności stykania się z nią w bezpośredni sposób. Koledzy i koleżanki nie mający tyle szczęścia co ja męczyli się z zaliczeniem egzaminu chodząc nieskończoną ilość razy i powtarzając ten sam materiał aż do znudzenia.

Po zakończonym pierwszym roku, rozpoczął się rok drugi – nareszcie na wybranej przeze mnie specjalności. Długo wyczekiwane doradztwo zawodowe i perspektywa jego studiowania przez kolejne cztery lata. Jak to wyglądało?

Od pierwszych zajęć – a działo się to aż do samego końca studiów – mówiono nam, że nie znajdziemy po tym kierunku pracy i co my w ogóle tutaj robimy? Oczywiście nie przejmowaliśmy się tym zbytnio, ale ciągle nas sprowadzano na ziemię, że trzeba było wybrać coś innego.

Nareszcie mieliśmy przedmioty zawodowe. Ale czy były one przydatne? Część z nich na pewno. Jednak część z nich poza tym, że trzeba je było zaliczyć nie wnosiła do naszego życia niczego odkrywczego. Na wielu przedmiotach wyszkoliliśmy się w mistrzowskiej obsłudze programu Power Point. Na 80% przedmiotów prezentacja w Power Poincie to był warunek konieczny do zaliczenia przedmiotu. Z wykładowcy zdejmował konieczność prowadzenia zajęć, a poza osobami prezentującymi prezentację reszta mogła zajmować się biernym nie robieniem niczego. I tak – własny temat znało się na wylot, ale już tematy prezentowane przez kolegów z roku – niekoniecznie.

Poza przedmiotami zawodowymi były też ogólne przedmioty pedagogiczne. A jakże! Przecież jeden rok nauki tych przedmiotów nie był wystarczający! Więc dla uprzyjemnienia naszego życia musieliśmy się mierzyć z teoretycznymi kolosami.

Oczywiście na trzecim roku mieliśmy zaszczyt mierzyć się ze szczytem numer 3 uczelni. Na zajęciach było wszystko ładnie i pięknie. Miałam to szczęście, że co tydzień byłam przepytywana z nudnej teorii. Dosłownie na każdych zajęciach dochodziło do mnie pytanie: „pani Paulino, a co pani o tym myśli?” i nawet jak nie byłam przygotowana do zajęć to musiałam udawać, że coś wiem.

Jak zakończyły się moje zmagania ze szczytem? Na szczęście za pierwszym podejściem. Po prostu zaliczyłam i bardzo się z tego cieszyłam. Do dzisiaj zastanawiam się, czy moje zaliczenie wynikało z rzeczywistej wiedzy, czy z tego, że z gorączką i chora przyjechałam po wpis do indeksu. Bardzo źle się czując, podtrzymywana przez męża pod rękę, o mały włos nie zwymiotowałam na szanowny szczyt nr 3. Dostałam szybki wpis i mogłam iść dalej. Niestety nie każdemu było dane cieszyć się takim szczęściem. Zdecydowana większość męczyła się po kilkanaście razy z jednym i tym samym materiałem do zaliczenia.

Rocznik młodszy miał nieco inny program studiów. Oni już szli systemem 3 + 2 i dostawali świeższą wiedzę i mieli więcej przedmiotów zawodowych. Chociaż po moich rozmowach z nimi okazało się, że to wszystko się tak tylko pięknie nazywa w teorii, a w rzeczywistości to wszystko niewiele odbiega od tego co działo się na naszym roku.

Wykładowcy co chwilę powtarzali nam, że doradztwo to dobry kierunek, ale jakbyśmy poszli na inną uczelnię np. o profilu psychologicznym czy socjologicznym to mielibyśmy jakieś większe szanse na rynku pracy. Po doradztwie na uczelni o profilu pedagogicznym nie mamy co szukać pracy w jakichś dobrze prosperujących przedsiębiorstwach, bo i tak nas nie przyjmą z takim dyplomem.

Jako studenci, bardzo często mogliśmy się spotkać z brakiem szacunku dla nas. Bo studenci to taka szara masa, która przyszła i którą trzeba zgnębić. Jakby nie było nigdzie napisane, że to dzięki temu, że studenci są na uczelni wykładowcy mają pracę i panie w dziekanacie mają ją również.

„Znowu studenci przyszli, znowu czegoś chcą, a my nie mamy spokoju, a tak bardzo chcemy wypić kawę.” Tak wyglądało prawie każde wejście do dziekanatu. Ściśle wyznaczone godziny przyjęć w dziekanacie dla studentów (dwie dziennie, a co niech stoją w kolejkach), a niech tylko nieszczęśnik próbował załatwić coś poza tymi wyznaczonymi godzinami, to został wyrzucany za drzwi. Nawet jeżeli udało mu się dostać w godzinach urzędowania, to był tak „miło” obsłużony przez panie, że miał zepsuty humor na cały dzień.

Generalnie czas studiów jest takim okresem, gdzie wiecznie na coś musiałam czekać. A to na swoją kolejkę w dziekanacie, a to na zaliczenie, a to na wykładowcę, który w dniu egzaminu postanowił pospać do południa albo jechać w podróż życia. Nieustanne czekanie na zajęcia – bo dlaczego nie zrujnować studentowi całego dnia? Jak można mu jedne zajęcia zrobić o godzinie 8 rano, drugie o godzinie 13, a trzecie o godzinie 18? Czasami zdarzało się nawet, że jedne zajęcia były o 8 rano, a kolejne dopiero o 18 … .

Osobnym, a także wartym wspomnienia rozdziałem na mojej uczelni byli wykładowcy. Co prawda nie chcę generalizować, bo wśród nich znalazło się wiele przemiłych osób. Jednak niestety zdecydowana większość traktowała studentów przedmiotowo.

Oni wiedzieli lepiej, oni byli niedoścignionymi ideałami. Zawsze wszystko „wiedzieli”, traktowali nas z wyższością. Grali niedostępnych i takich, których autorytet jest niepodważalny. Jak było w rzeczywistości? Czasami udawało nam się nakłonić ich do pokazania „ludzkiej” twarzy, ale przez większość czasu musieliśmy się mierzyć z tym, że studenci są niższą i mniej znaczącą formą rozwoju w procesie ewolucji. Nieliczni traktowali nas jak równych sobie.

Czy żałuję, że poszłam na studia?

I tak, i nie. Patrząc na nie dzisiejszymi oczami, wiem, że powinno być inaczej, że powinnam zdobyć wiedzę, która naprawdę przyda mi się w życiu albo w pracy. Gdybym mogła wybrać jeszcze raz skierowałabym się raczej w kierunku jakichś kursów, które dają konkretne umiejętności i papier pozwalający na wykonywanie danej pracy. Są szybsze i podają skondensowaną wiedzę.

Jeżeli miałabym wybierać studia teraz, to nie spieszyłabym się tak bardzo z wyborem. Musiałoby to być coś, co mnie naprawdę interesuje i dzięki czemu nauczę się czegoś naprawdę wartościowego.

Na pewno studia były czasem, kiedy zawarłam wiele wspaniałych przyjaźni, które przetrwały do dzisiaj. Ciekawe relacje z innymi ludźmi to zdecydowany plus studiowania.

Kolejnym plusem studiów jest praca nad sobą jaką w tym czasie wykonałam. Nauczyłam się anielskiej wręcz cierpliwości. Umiejętnego prezentowania własnych poglądów. Otworzyłam się na ludzi i otaczający mnie świat. Zmieniłam znacząco swoje poglądy w różnych sferach życia. Nauczyłam się tolerancji i tego, że to co do tej pory uważałam za prawdę samą w sobie z innego punktu widzenia, wcale taką prawdą być nie musi.

Czy warto iść na studia?

Argumenty za:

  • szybko doroślejesz – jesteś w pełni odpowiedzialny za swoje sprawy
    nie musisz się przed nikim tłumaczyć – tylko przed sobą
  • uczysz się cierpliwości
  • poznajesz fajnych ludzi
  • poznajesz lepiej siebie
  • masz szansę na wyjazdy do innych krajów w ramach studenckiej wymiany
  • potrafisz w ciągu jednego dnia nauczyć się dużo więcej niż przez cały semestr
  • zdobywasz kontakty
  • zdobywasz wiedzę zawodową

Argumenty przeciw:

  • znosisz upokorzenia ze strony wykładowców
  • uczysz się wielu nieprzydatnych rzeczy
  • wszyscy myślą, że poza studiami nie masz nic innego do roboty i dysponujesz nieograniczonym czasem
  • musisz poświęcić kilka lat na zdobycie tytułu
  • tytuł niczego nie zmienia na rynku pracy – liczą się rzeczywiste umiejętności
  • nie masz czasu zdobywać umiejętności bo zdobywasz tytuł
  • jak zdobywasz umiejętności to masz tyły w zdobywaniu tytułu

Mój artykuł nie ma na celu zniechęcać nikogo do studiowania. On po prostu ma za zadanie pokazać, jakie są realia polskich uczelni. Że kierunek studiów w reklamie, dla kandydata jest pięknie opakowanym towarem, a w prawdziwych realiach zdarza się, że okazuje się być jak obietnica wyborcza.

Jeżeli uważasz, że Twoją drogą są właśnie studia, to idź, przekonaj się na własnej skórze jak studiuje się na polskiej uczelni. Życzę Ci abyś trafił na wspaniałych ludzi – kolegów i wykładowców. Abyś czuł się spełniony w tym co robisz i żeby studiowanie dawało Ci dziką satysfakcję.

2 thoughts on “Czy warto studiować?”

  1. Wszystko w życiu ma plusy i minusy. Studia też. Nasze szkolnictwo pozostawia jeszcze wiele do życzenia ale ogólnie uważam że uzyskanie wyższego wykształcenia to zawsze jest inwestycja w siebie. Osobiście gdybym mogła cofnąć się w czasie walczyłabym już na etapie liceum o swoje marzenia. Nie ekonomik a plastyczne a potem siup na wyższe 🙂 I ani jednego dnia bym nie żałowała 🙂 Jak człowiek robi to co kocha to góry przenosi… tylko trzeba się wspinać na tą właściwą górę 😉 tak myślę… niczego nie żałuj w każdym razie. A może warto zawalczyć o studia za granicą?…

    1. Masz rację Gosiu – trzeba wspiąć się na właściwą górę :). Patrząc z perspektywy czasu – teraz dokonałabym innych wyborów. Jednak na chwilę ówczesną – gdy na studia się wybierałam – uważałam, że to była najlepsza decyzja, którą mogłam podjąć :). Pozdrawiam cieplutko!

Dodaj komentarz