Jak uczyć się języków obcych? Moja przygoda z językiem angielskim.

flaga


Czego nauczyłam się w szkole

Bez wahania można powiedzieć, ze szkoła nauczyła mnie bardzo dobrze gramatyki języka obcego, a w szczególności kilku podstawowych czasów, które to były wałkowane na każdym szczeblu edukacji aż do znudzenia.

Także gramatyka w podstawie opanowana do perfekcji, tego nie mogę powiedzieć. Jeśli chodzi o bardziej zaawansowaną gramatykę, no to już troszeczkę gorzej. Nauczycielom za bardzo nie zależało na tym, byśmy zrozumieli, po prostu trzeba było zrealizować program, iść zgodnie z książką, a wiedza jaką zdobędą uczniowie była już sprawą drugorzędną.

Szkoła nauczyła mnie także, że język obcy jest czymś, czego należy się bać. Bo nigdy nie będę perfekcyjna, bo nigdy żaden obcokrajowiec ze mną nie porozmawia, jak nie będę władać językiem doskonale. Bo najważniejsza jest gramatyka, a to że próbuję się dogadać nie ma znaczenia, bo co z tego, że usiłuję się dogadać, jeśli jestem niepoprawna, to wstyd … takie właśnie informacje dostawałam w szkole. Więc nauka języka była dla mnie kulą u nogi. Bo po co mam się uczyć języka kiedy i tak nie będę nim władać tak żeby się porozumieć? Całkowity brak logiki.

W szkole informowano mnie również, abym z moim kalecznym językiem nawet nie próbowała porozumiewać się z rodowitymi Anglikami, bo to będzie kompletna porażka. W opinii nauczyciela Anglicy są narodem, który rozmawia tylko z ludźmi władającymi perfekcyjnie ich językiem … słyszał ktoś kiedyś większy zbiór bzdur?

Zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem wg szkolnej nauki języka obcego jest siedzieć grzecznie w klasie. Nie odzywać się. Pozwolić nauczycielowi odwalić swoje. Tak, ten powyższy zestaw bzdur niestety zatrzymał mnie w skutecznym używaniu języka na kilka lat.

Co dały mi kursy językowe?

Po zakończonej szkolnej edukacji języka angielskiego, postanowiłam wybrać się na kurs tego języka do jednej ze szkół językowych. Byłam na spotkaniu organizacyjnym, które bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Jednak obiecywane tam były złote góry – czego to nie będę umieć po zajęciach u nich, jak zdam egzamin dostanę wspaniały certyfikat, poprawię swoje umiejętności komunikacyjne.

Niestety była to tylko dobra reklama. Poziom zajęć nie był satysfakcjonujący. Niby przed nimi był test poziomujący, ale w sumie i tak nic to nie dało. Grupa miała około 12 osób. Zajęcia trwały godzinę zegarową … co daje przy pomyślnym układzie około 5 minut poświęconej uwagi przez nauczyciela na każdą osobę w grupie. To kiepski wynik jeśli chcemy się nauczyć biegle władać językiem.

No, ale nie narzekajmy. Poznałam na kursie językowym bardzo fajnych ludzi. Mogłam się od nich wiele nauczyć. Co prawda nie związanego z językiem angielskim, ale zawsze to jakieś nowe, pozytywne doświadczenia.

Do egzaminu na certyfikat nie zdecydowałam się podchodzić, bo mój poziom niestety nie wróżył tego, że zdam egzamin. No, ale doświadczenie nauki na kursie mam już za sobą.

Samodzielna nauka

No cóż, stwierdziłam, że ani nauka w szkole, ani nauka na kursach nie spełnia moich oczekiwań. Być może ja nie jestem do tego przystosowana. Nie wiem, Ponieważ to nie działało na mnie, to postanowiłam znaleźć swoją własną drogę do nauczenia się języka. I takim oto sposobem zostałam swoim własnym nauczycielem angielskiego. Oj nie było łatwo, ale postanowiłam, że nauczę się języka dla samej siebie. Trudno, nie będę perfekcyjna, tak jak mi nauczyciele mówili, ale udowodnię sobie samej, że się da … no i udało się.

Zaczęłam od prostej rzeczy. Zaczęłam myśleć po angielsku. Tworzyłam sobie w głowie pytania i odpowiedzi w języku angielskim. Zastanawiałam się jak można się o to zapytać po angielsku, a następnie udzielałam sobie w myślach odpowiedzi. Może to wydawać się trochę śmieszne, ale naprawdę działa.

To ćwiczenie było podobne trochę do tych, które wykonują piloci. Poza tym że mają swoje normalne, regularne loty , odbywają wiele ćwiczeń na symulatorach lotów by przećwiczyć wszystkie możliwe sytuacje, by potem nie zostali zaskoczeni w powietrzu. Nawet kiedy przydarzy im się jakaś sytuacja kryzysowa, to robią wszystko automatycznie, bo wielokrotnie przećwiczyli ją na ziemi, na symulatorze.

Dlatego ćwiczyłam na swoim własnym symulatorze – w wyobraźni – różne dialogi angielskie. Co prawda to nie miało jeszcze w tamtym czasie odzwierciedlenia w życiu codziennym, ale jak się później przekonałam zaowocowało w przyszłości.

Opanowałam także perfekcyjnie listę tysiąca najczęściej używanych słów w języku angielskim, Niby prosta rzecz, ale bardzo pomocna. Badania naukowe potwierdzają, że znajomość 1000 słów w języku obcym daje nam około 80% zrozumienia tego języka. Naprawdę w mowie codziennej obcokrajowcy nie używają zbyt wyszukanych słów. Najczęściej – w jakichś 80% ich wypowiedzi – znajdziemy słówka z listy 1000 najczęściej używanych. Jeżeli nie zrozumiemy co do nas powiedzą – bo zdarzy im się użyć innego słowa, to albo dopytamy używając prostych słów, albo domyślimy się z kontekstu.

Co prawda gdy poznamy już listę 1000 najczęściej używanych słówek nasza przygoda z językiem nie powinna się skończyć. 1000 słów jest dobre na początek, ale jak już opanujemy te słówka to nic nie stoi na przeszkodzie by rozwijać swoją znajomość języka i uczyć się kolejnych słówek.

Krąg wzajemnego wsparcia

Jak ze wszystkim – w grupie raźniej. Czasami samemu ciężko jest znaleźć motywację do nauki i chęć na to by się uczyć. Samodzielna nauka wymaga wielkiego samozaparcia. Jednak możemy sobie ułatwić życie – znaleźć kompana do nauki, kogoś kto będzie nas wspierał, kto będzie uczył się razem z nami.

Jak to było w moim przypadku? Pewnego letniego dnia rozmawiałam z sąsiadem właśnie o języku angielskim. Okazało się, że jesteśmy na podobnym poziomie zaawansowania i że oboje mamy problemy z mówieniem. Postanowiliśmy coś z tym zrobić – uczyć się razem. Nauka jest niestety taką rzeczą, do której bardzo ciężko się zabrać. Od naszej pierwszej rozmowy do pierwszej wspólnej lekcji upłynęło kilka miesięcy.

Muszę przyznać, że na pierwszych lekcjach byłam bardzo zestresowana. No bo nagle się okazało, że muszę porozumiewać się w języku angielskim. TRAGEDIA. Byłam przerażona i dukałam. Jednak z lekcji na lekcję było coraz lepiej. Im więcej mówiłam w tym języku, tym lepiej układało się to wszystko w mojej głowie. Pokonałam największego wroga jaki był we mnie – moje ograniczające przekonania o tym, że nie mogę mówić w języku obcym

Oczywiście ważna też jest systematyczność nauki i intensywność. Jeżeli naprawdę chcemy się nauczyć języka obcego to w początkowej fazie musimy być regularni w nauce. Żeby nie przerwać procesu, który tworzy się w naszym umyśle – procesu oswajania się z językiem obcym.

Na początku mojej przygody z nauką angielskiego razem z sąsiadem postawiliśmy na dużą regularność nauki i jej intensywność, aby język angielski stał się dla nas czymś rutynowym i automatycznym. Przez pierwszy rok nauki uczyliśmy się dwa razy w tygodniu po 3 godziny. Co daje 6 godzin tygodniowo. Nawet w szkole nie miałam takiej intensywności nauki języka angielskiego.

Oczywiście w kolejnym roku nauki intensywność lekcji zmniejszyliśmy do jednego razu w tygodniu, ale to co dał nam pierwszy rok intensywnego uczenia się jest nie do zastąpienia przez szkołę, czy kursy. Uczyliśmy się tego, czego chcieliśmy. Bez presji oceny nauczyciela. Bez obawy, że zostaniemy wyśmiani.


Zanurzenie w języku

Poza nauką na naszych lekcjach sąsiedzkiego wsparcia. Postanowiliśmy też zanurzyć się w języku. Rozmawialiśmy ze sobą praktycznie tylko po angielsku. Zmieniliśmy ustawienia naszych telefonów na język angielski.

Na lekcjach czytaliśmy artykuły z gazet (i nie tylko) w języku angielskim. Oglądaliśmy filmy po angielsku. Bardzo dużym zainteresowaniem cieszyły się wykłady z konferencji Teda. Na stronie internetowej Teda są ogromne ilości filmików z tych wydarzeń. Na scenie występują ludzie, którzy są zaangażowani w różne, ciekawe idee związane z ważnymi sprawami świata, nauki, ludzkości. Każdy z filmów ma transkrypcję w języku angielskim, więc jeżeli nie zrozumie się tego co do nas mówią przemawiający, zawsze możemy doczytać w transkrypcji, o co chodziło.
Słuchaliśmy także piosenek znanych i lubianych wykonawców. Mieliśmy do tego teksty piosenek i tłumaczyliśmy sobie o czym jest dana piosenka.

Jestem zwolenniczką nauki przez zmuszenie większej ilości zmysłów do poznania danej rzeczy. Jedni ludzie są wzrokowcami, inni słuchowcami. Ja jestem za połączeniem kilku kanałów odbioru rzeczywistości do nauki.

Dlatego jeżeli uczymy się angielskiego za pomocą piosenki, to nie tylko jej słuchamy, jednocześnie czytamy też jej tekst (tłumacząc), a także śpiewamy lub wypowiadamy na głos słowa śpiewane przez artystę. Myślę, że podczas nauki można się także dobrze bawić, więc jeżeli mamy ochotę poklaskać czy podskakiwać to robimy to. Nasz mózg uwielbia stymulację na różne sposoby. Potem w realnej sytuacji, kiedy przychodzi mi coś powiedzieć po angielsku, bardzo często przypominają mi się całe frazy z piosenek.


Nauka jako proces

Jak to mówi stare przysłowie „Nie od razu Rzym zbudowano”. Nauka języka obcego jest procesem. Długim procesem. Nie jest czymś, co dzieje się w ciągu dnia, czy tygodnia. Trzeba poświęcić na nią trochę czasu. To tak jak z prowadzeniem samochodu. Nikt nie jest mistrzem kierownicy po pierwszej jeździe, czy nawet po kursie prawa jazdy. Trzeba być cierpliwym. Robić swoje i nie zniechęcać się, a efekty nas zaskoczą.

Warto stosować metodę małych kroczków. Nie przerażać się. Może nie masz takiej możliwości jak ja, by tak intensywnie uczyć się języka obcego. Zastosuj metodę małych kroków. Ucz się jednego słówka dziennie. Po miesiącu będziesz znać 30 nowych słówek. Jeżeli jednak miałbyś możliwość nauczyć się 10 nowych słówek dziennie – po miesiącu będziesz znał ich już 300.

W trakcie nauki języka obcego nadchodzi taki moment, że doznajesz „olśnienia”. Wiesz, oglądasz sobie film w kinie, pod spodem są napisy, aż nagle orientujesz się, że w ogóle nie potrzebujesz tych napisów, że rozumiesz, co mówią aktorzy, a napisy traktujesz tylko jako coś kontrolnego
Bardziej skrajnym przypadkiem „olśnienia” jest moment, gdy oglądasz sobie film z polskim lektorem i zdajesz sobie sprawę, że … tłumaczenie jest nie do końca takie, jak w rzeczywistości przebiega akcja na ekranie.


Strach przed mówieniem

Zdecydowanie największym wrogiem jakiego mamy w sobie jest nasz strach. Obawiamy się mówienia w języku obcym. Nasze umysły blokują nas przed mówieniem. Stereotypy i złe przekonania sprawiają, że boimy się odzywać.

Nikt nie jest przecież perfekcyjny. Każdy z nas, nawet w ojczystej mowie, robi większe lub mniejsze błędy. Nie możemy wymagać od siebie, że będziemy całkowicie bezbłędni w porozumiewaniu się w języku obcym. Nie bezbłędność jest najważniejsza, a zdolność komunikacji z innymi.

Prawda jest taka, że strach ma wielkie oczy. Najtrudniejszy jest pierwszy raz. Najgorzej jest zawsze odezwać się po raz pierwszy w innym języku do osób nim się posługujących. Potem to wchodzi w nawyk i człowiek nie wyobraża sobie, że mogłoby być inaczej – jak mógłby nie posługiwać się tym językiem.

Czasami pojawia się też w naszych głowach obawa a co jeśli się pomylę? No właśnie i co wtedy? Czy stanie się coś strasznego? Czy świat się zawali? Każdą pomyłkę należy traktować z przymrużeniem oka. Obrócić w żart albo w ogóle nie przejmować się nią. Ludzie z innych krajów naprawdę doceniają to, że staramy się mówić w ich języku, a to, że nie mówimy perfekcyjnie, no cóż … nikt nie jest idealny. Ale powiedz sam, czy słyszałeś kiedyś obcokrajowca mówiącego perfekcyjnie po polsku?


Czy gramatyka jest najważniejsza?

Uważam, że gramatyka nie jest elementem najważniejszym w nauce języka obcego. Powinna być niejako elementem ubocznym nauki. No bo jak uczy się małe dziecko? Przecież nie wkuwa reguł gramatycznych i konstrukcji czasów. Słucha jak mówią dorośli i powtarza. Trzylatek, czy czterolatek już całkiem sprawnie włada językiem ojczystym, ale nie sądzę, aby był w stanie przybliżyć nam choćby jedną regułę gramatyczną!

A jak jest z Tobą? Na pewno zdajesz sobie sprawę z tego, że istnieją w Twoim ojczystym języku reguły gramatyczne. Jednak na pewno nie uświadamiasz ich sobie w pełni, gdy budujesz zdanie. Nie zastanawiasz się: „a teraz użyję czasu teraźniejszego, a potem przyszłego”. Prawdopodobnie, gdy w szkole na lekcjach polskiego uczyłeś się o budowie zdania, o tym jak nazywają się jego poszczególne części, co to jest podmiot, co to orzeczenie, co to przydawka i inne elementy zdania, otwierałeś buzię ze zdumieniem. Pomimo tego, że wcześniej nie wiedziałeś, jak dokładnie wygląda teoretyczna budowa zdania, potrafiłeś bez problemu porozumieć się z innymi ludźmi.

Z czasem, gdy mocno osłuchasz się w języku, którego chcesz się nauczyć. Obejrzysz dużo filmów bez lektora. Posłuchasz wielu piosenek. Przeczytasz wiele tekstów. Zauważysz, że tworzenie zdań w języku, którego się uczysz zaczyna przychodzić Ci z coraz większą łatwością. Przestajesz zastanawiać się, którego czasu użyć albo które słowo najlepiej zabrzmi w danym kontekście. Po prostu mówisz i przychodzi Ci to automatycznie.


Przyjaciele zza granicy.

Jak już wcześniej wspomniałam. Szkoła nauczyła mnie, że lepiej nie rozmawiać z obcokrajowcami w języku angielskim, bo nie jestem wystarczająco dobra by się dogadać. Idąc pod prąd – jak mam w zwyczaju – po opanowaniu jako tako zdolności porozumiewania się w języku angielskim z moimi rodakami, wybrałam się na spotkanie grupy międzynarodowej. Do mojego miasta przyjechali wolontariusze z innych krajów i to było takie spotkanie integracyjne dla nich z miejscowymi. Wyposażona w duży zapas entuzjazmu i samozaparcia, a także w towarzystwo serdecznego przyjaciela ze studiów wybrałam się na to spotkanie. Początkowo byłam bardzo spięta. Przez pierwsze 5 minut tylko słuchałam, o czym mówią – nawet rozumiałam. Kolejnym krokiem było rozpoczęcie rozmów. Szło mi całkiem nieźle. Dobrze mi się rozmawiało. Poznałam wielu ciekawych ludzi z mojego miasta. Nawet nie miałam świadomości, że żyje u nas w mieście tylu obcokrajowców.

Jeden z poznanych wtedy kolegów zaprosił mnie na cykliczne spotkania grupy Brytyjczyków w jednej z restauracji. Byłam bardzo przerażona. O ile uwierzyłam w siebie, że jestem w stanie porozumieć się z obcokrajowcami z innych krajów, to wciąż w mojej głowie był mocno zakodowany szkolny stereotyp, że nie gadam wystarczająco dobrze, by rozmawiać z „oryginalnymi” Anglikami.

W końcu jednak się odważyłam. Wybrałam się na pierwsze takie spotkanie (z grupą kilku moich przyjaciół w obstawie, jak to się mówi – w grupie zawsze raźniej). Powiedziałam sobie tak: pójdę tam, ale nie będę rozmawiać z rodowitymi mieszkańcami Zjednoczonego Królestwa. Są ze mną moi polscy przyjaciele, więc jestem bezpieczna. Nie będę się wygłupiać z moim angielskim.
Jednak życie zweryfikowało dość mocno moje postanowienie. Miejscowi Anglicy okazali się bardzo serdecznymi ludźmi i bardzo towarzyskimi. Co prawda większość wieczoru przemilczałam, ale w pewnym momencie nastąpił przełom. Jeden z Brytyjczyków podszedł do mnie i po prostu zaczął ze mną rozmawiać. Znaleźliśmy wspólny temat i nagle okazało się, że on mnie dobrze rozumie. Nie ma problemów, aby zrozumieć mój angielski i że bardzo dobrze nam się rozmawia. Teraz jestem stałym bywalcem spotkań z nativami i nie mam już problemów, aby porozumiewać się w języku angielskim. Czy mówię w pełni poprawnie? Na pewno nie! Zdarzają mi się błędy, jestem tego świadoma, ale moi przyjaciele zza granicy skutecznie wyleczyli mnie z choroby „bycia perfekcyjnym” w obcym języku.

Myślę, że dużo ważniejszym od braku popełniania jakichkolwiek błędów jest to, że jesteśmy w stanie się dogadać. Porozmawiać o wielu ciekawych rzeczach, miło spędzić ze sobą czas, nawet gdy mówimy tylko po angielsku. To, że będziemy popełniać mniejsze lub większe błędy wcale nie skreśla nas jako dobrych rozmówców.

W mojej głowie wciąż tkwi zasłyszana od znajomych historia. Dwie koleżanki wybrały się w podróż do Ameryki Południowej. Jedna z nich znała „perfekcyjnie” język hiszpański. Druga nie znała go zbyt dobrze – tylko tyle o ile, nie mówiła poprawnie, ale była w stanie się dogadać. Podczas podróży zgubiły się w jakimś miejscu i potrzebowały pomocy – zapytać o drogę. Zanim dziewczyna władająca „perfekcyjnie” językiem zdążyła zastanowić się jakiego czasu użyć i co powiedzieć, druga nieperfekcyjna zdążyła zapytać o drogę i uzyskać odpowiedź.

Myślę, że jako wskazówkę do nauki jakiegokolwiek języka obcego warto podać stworzenie sobie takich warunków, aby nie było innej możliwości – jak używanie tego języka. Moje początkowe lekcje z sąsiadem zmuszały mnie do używania tylko i wyłącznie języka angielskiego, jednak na spotkaniach z obcokrajowcami nie miałam za bardzo innego wyjścia jak używać tylko i wyłącznie angielskiego, bo jak nie znałam słowa, to nie mogłam go powiedzieć po polsku … to zmuszało do myślenia i okrężnej drogi tłumaczenia np. jeżeli zapomniałam jak jest kubek, musiałam powiedzieć, że mam na myśli naczynie, w którym się pije. To bardzo rozwijające ćwiczenie i zmuszające do kreatywnego myślenia i używania w praktyce języka.

Także jedyną drogą do tego by nauczyć się komunikatywnej znajomości języka obcego jest jego używanie w praktyce. Jego nieustanne ćwiczenie. Słuchanie, czytanie i przede wszystkim MÓWIENIE w tym języku!

Uff! Jeśli czytasz te słowa to znaczy, że przebrnąłeś przez cały artykuł. Cieszy mnie to bardzo. Podobał Ci się artykuł? Daj o nim znać znajomym!
Pozdrawiam serdecznie i życzę samych sukcesów w nauce!

4 thoughts on “Jak uczyć się języków obcych? Moja przygoda z językiem angielskim.”

  1. Super pomocny artykuł. Poruszyłaś chyba wszystkie ważniejsze problemy, z którymi borykają się początkujący. Te sterotypy w głowie i strach przed mówieniem… skąd ja to znam. Muszę się zmobilizować i po prostu zacząć regularnie uczyć się. Najważniejsze to nie zniechęcać się. Na początek odpuszczę sobie gramatykę, i skupie się na mówieniu. Proste podstawowe zdania. Dzięki za wsparcie Paulinko 🙂

Dodaj komentarz